sobota, 24 listopada 2012

kosmos w Łódzkiej Atlas Arenie- czyli koncert Muse!

Wróciłam. Cała. Zdrowa. Nic nie czująca.
Byłam wielką Muserką. A przez CLMF 2010 dali mi maksymalną ilość magii. Miłość nie była mi potrzebna, miałam Muse i to mi wystarczyło. Byłam przez nich najszczęśliwszą osobą, ale i przez nich płakałam. Tak przez rok. Nagle to znikło. Jednak zaraz po CLMF pragnęłam tylko wybrać się na ich koncert. Na szczęście wszystko zaczęło powracać. Wielkie oczekiwanie na nowy album. "Nowy album? Boję się co to będzie"- tak, miałam takie mysli i na prawdę się bałam i nawet ten fakt pokazuje, że jednak miłość przetrwała. Powoli zaczęłam wyciągać moje zakurzone płytki i wkładałam je kolejno do mojego komputera. Spokojny powrót. Spokojna miłość. Dojrzalsza miłość. Premiera Survival- utworu olimpijskiego, który jednak serc Muserów nie podbił, ale BYŁ. Pierwsza zapowiedź "The 2 nd law". Stres. Jaka będzie cała płyta? Jest to na szczęście chyba najgorszy kawałek na płycie. Uff. Nadchodzi premiera Madness. Pierwsze przesłuchanie- "WTF? nie ma jak czekanie na singel rockowego zespołu a tu co?! ELEKTROPOP?! jakieś żarty?!" , drugie przesłuchanie- "mamamamamama, no okej, czemu taka krótka solówka na gitarze? gdzie moja ukochana perkusja?, trzecie przesłuchanie, piąte, dziesiąte... "EJ, TO NA PRAWDĘ WCIĄGA I HIPNOTYZUJE! MAMAMAMAMAMADNESS- tak mogę cały dzień! Do tego ten tekst! Jest przepiękny!"  Tak oto nadeszła płyta "The 2 nd Law", która jest dziwna ale Dom Howard w wywiadzie dla "Teraz Rock" powiedział "dziwna znaczy dobra! Dziwna- lubię to!". Może nie najlepszy album Musowy, ale zaskakujący- czyli idealnie pasujący do chłopaków z Muse, a po wczorajszym usłyszeniu ich na żywo- ah!

Nadchodzi koncert. Jeśli chodzi o kupno biletów, to obudziłam się za późno i cóż... zostały mi tylko trybuny. Powiem wam, że pięknie się patrzy z góry na bawiącą się świetnie płytę. Okej, ja też się świetnie bawiłam, ale na początku mój sektor okazał się dość leniwy. Nie wyobrażam sobie jak można by przesiedzieć taki koncert?! Ku zdziwieniu, nie zabrakło osób starszych i to na prawdę starszych! (50-60). No cóż, jednak pan za mną myślał chyba, że na trybunach będzie miał jak w operze, bo gdy mój tata wyszedł na chwilę, a ja miałam większy luz do skakania zaczepił mnie z pretensjami "Czy mogła by pani zająć jedno miejsce?!" LUDZIE! KONCERT JEST FORMĄ IMPREZY, A NA IMPREZIE LUDZIE SIĘ BAWIĄ. POGODŹCIE SIĘ Z TYM. No cóż, popsuł mi pan tylko nastrój, proszę pana. Na szczęście tylko chwilowo. Usiadłam na chwilę (a niech sie facet chwile pocieszy! CHWILE) akurat przy uspakajającym Explorers. Ale potem... Potem opierałam się tylko chwilami o moje krzesełko. Zabawa na całego!
Nie festiwalowy koncert Muse to jednak coś wspaniałego! Muse to mistrzowie występów na żywo! Efekty specjalne powalały. Za muzykami znajdował się wysoki wybieg z telebimami po którym biegał Matt. A nad nimi? Kolejny telebim, który zmieniał swoje kształty i położenie, po dwóch lub trzech piosenkach powstała z niego odwrócona piramida, a w środku koncertu schowała muzyków i pokazała nam drogę ku nicości z Isolated System. Następnie pokazała nam Doma-karateke na Uprising, w środku tej piosenki znó podniosła się do góry i odsłoniła nam muzyków, w tym przebranego w czerwony kombinezon Doma! (na początku miał on na sobie białą koszulkę). Nie zabrakło także świetlnych laserów oraz Mattowych video-okularów na Madness i kolorowych baloników na Follow Me, czyli piosence dla syna wokalisty (fajny gest się stworzył dla niego z tych kolorowych baloników!). Nie da się też nie wspomnieć o Macie zabawiającym publiczność- starał się być jak najbliżej fanów, nie zabrakło także uściskania dłoni na Undisclosed Desires, a jedną fankę podobno pocałował nawet w rękę!!! Nie zabrakło też dziękowania i mówienia po Polsku. Na końcu jak zawsze przemówił Dom i tym razem pamiętam to przemówienie.





Na początku wielkie wejście: scena stała się czerwona, na telebimie pojawiła się prezenterka i potem tarze muzycy, czyli jednym słowem Unsustainable. Miałam dziwnego stresa. Nie wiedziałam co zrobić. Wstałam, ale byłam tak zdenerwowana, że zaczęłam się trząść i wbiłam się w fotel. 21.58- jeden z najpiękniejszych wieczorów mojego życia właśnie się rozpoczyna.
Dalej Supermancy. Wstałam. Rozjerzałam się. Halo sektorze O, nie śpimy, bawimy się!!! Ze mną stało w tym sektorze jakieś 6 osób. Bałam się, że tak już zostanie. Na szczęście jakoś powstali. Ale jeszcze nie na Supermancy. W końcu to dopiero początek, co nie? Niby. Patrzyłam na płytę w której były luki i zazdrościłam: czy nie mogę być w tym dzikiem tłumie? Nie ważne. I tak było zajebiście!
Map of the Problematique- tu powoli zaczęło się robić szaleństwo. Przez tą piosenkę nie pojawiła się hysteria, czy bliss, ale nie żałuję, bo ją kocham. To ona najbardziej wzruszyła mnie na CLMF, to jej fragmentem tekstu: "życie przeleci mi przed oczyma. Przepełniony strachem i zagubieniem chce dotknąć drugiej strony. [...] Dlaczego nie możemy dostrzec, że gdy krwawimy, krwawimy tak samo?" jest jednym z moich ulubionych, to płyty z nią tak bardzo mi brakuje...
Po tym usłyszałam mój telefoniczny dzwonek, a mianowicie Panic Station. Jest to jedna z moich ulubionych piosenek z nowej płyty! Oczywiście nie zabrakło matematycznej wyliczanki z tekstem "1, 2, 3, 4, fire in your eyes itd...".
No i nareszcie! Nadszedł czas na Resistance! Zaczęła się zabawa totalnie na całego! Uwielbiam perkusje w tym kawałku, a na żywo brzmi 2308907439827398272 razy lepiej!!! Nogi same niosły mnie przy dźwięku mojego ulubionego instrumentu, jakim jest perkusja, śpiewając "it could be wrong" i "love is our resistance [...] hold me".
Zdziwiłabym się jednak bardziej, jakby wszyscy na miejscu siedzieli na Supermassive black hole! Tu zaczęło się prawdziwe darcie "Supermassive black hole" z Chrisem. Mimo skojarzeń ze Zmierzchem, a co z tym idzie, dziwnymi czasami Muse (przybyło wtedy i fanów i takich, którzy mówili "nie będę słuchać Muse bo mi sie z Zmierzchiem kojarzy"- głupie, bo sądziłam, że słucha się za piękność muzyki, a nie za to do czego ta muzyka była wykorzystywana, ale cóż, gimnazjum to gimnazjum), uwielbiam ten kawałek, jest rewelacyjny i zamiast skojarzeń z biegającymi wampirami za piłką, ten kawałek kojarzy mi się z robotami na telebimach pojawiających się na koncercie (nie wiem co robią tam roboty, tak jak nie wiem co robiły dziwne stworki na Panic Station, ale to mało istotne) i z chłopakami grającymi w maskach na teledysku.
Czas na chwilkę spokoju, ale tylko trochę więcej spokoju było na Animals. Utwór przez wielu jest uważany za najlepszy i najbardziej Musowy z nowej płyty. Na telebimach zakończył się śmiercią, ale to zdecydowanie nie kończyło koncertu, oj nie!
Po Animals do Explorers wprowadził Monty Jam i to była druga i ostatnia część koncertu na której siedziałam, ale to tylko przez chwilowe wkurzenie na pana z tyłu. Jednak piosenka była zagrana, jak i zaśpiewana pięknie. Uwielbiam fragment "free me, free me, free me from this world" który mimo przekazu działa na mnie bardzo uspokajająco.
Nadszedł czas na największą niespodziankę wieczoru i jak dla mnie, jeśli chodzi o to jakie utwory się pojawią, jedyną. A mianowicie na scene wrócił utwór z pierwszej płyty- SUNBURN. Ah, jak wspaniale. Przez to podniosłam się z krzesełeczka! Porównując Sunburn teraz na żywo i wtedy na płycie to doskonale widać, że chłopacy się rozwijają! Lubię wersję płytową, ale na scenie wyszedł FENOMENALNIE. Najbardziej widać różnice między wokalem. To już nie były wrzaski młodego głosu Bellamy'ego, w którym młodość i to, że zaczyna ze śpiewaniem było bardzo widoczne. Z upływem lat jego głos jest coraz wspanialszy.
Utwór przywitany naprawdę wielkim wrzaskiem i to nie tylko płyty, ale i trybun- Time is running out! W tej piosence Matt ze spokojem odstawił mikrofon- publiczność przecież idealnie znała tekst! Utwór Musowy klasyk, nie wyobrażam sobie nawet że mogłoby takiego utworu zabraknąć.
Nadeszła zamiana. Liquid State. Za mikrofonem tym razem stanął CHRIS! I został przy nim przywitany ogromnymi brawami! Utwór, którego bardzo byłam ciekawa. Ciekawa tego, jak basista sobie prowadzi śpiewając sam, a nie jako drugi głos Matta. Udało mu się i wyszło bardzo dobrze!

Kolejne wielkie szaleństwo- Madness. No cóż, nic w tym dziwnego, bo nawet tytuł na to wskazuje! Piosenka spokojna, zupełnie inna, lecz jakże piękna! Porywa sobą fanów! Mnie też porwała i chwyciła za serce swym przekazem. "I need to love" zabrzmiało genialnie...
A zaraz po tym szaleństwie, kolejne szaleństwo z setką kolorowych baloników, a mianowicie Follow Me. Ta piosenka mnie ogromnie zrusza. Na tym koncercie miałam jednak zbyt suche oczy. Może to i dobrze. Bądź, co bądź, widok kolorowych baloników w tłumie wyglądał pięknie. Zdecydowanie jeden z wspanialszych widoków!

Czas na Matta zabawiającego publiczność na całego! I to na moim ulubionym utworze, którym jest Undisclosed Desires. Niektórzy czepiają się że na tak spokojnym utworze, ale moim zdaniem to był dobry zabieg, bo przez to mimo spokojnej piosenki wszyscy szaleli. Matt biegał, Matt skakał, Matt wychodził do publiczności podając im rękę... Do tego utwór wykonany fenomenalnie, a bałam się tego, bo na CLMF byłam im troszkę zawiedziona.
Plug in baby. Na tym kawałku w głowie miałam tylko jedno słowo- rozpierdol- co wyraża więcej niż tysiąc słów i to oczywiście w jak najlepszym kontekście! Zabrakło mi tylko balonów oczu, ale cóż, były w końcu tęczowe baloniki na Follow Me.
Przed tym utworem była jedna wielka niewiadoma. New born czy Stockhol syndrom? Dwa tytuły kręciły się na telebimach. Na co pokazało światło? Stockholm Syndrome. Mimo że New Born jak dla mnie jest klasykiem, to Stockholm Syndrome został świetnie przez wszystkich przyjęty.
Pod koniec Stochkolm Syndrome wielka telebimowa piramida się zamknęła a w niej muzycy. Chwila odpoczynku i czas na przemiany- Isolated System. Uwielbiam ten utwór. Genialnie przedstawiona droga naszego życia, która jest drogą do nicości.

Koniec izolacyjnego systemu a piramida nadal nie otwarta. Ale trio produkuje się dalej i to przy utworze Uprising! O miłości Polski do tej piosenki wspomniał nawet magazyn NMA tworząc film o chyba 10 najlepszych kawałkach Muse. Muzycy schowali sie w piramidzie, ale na piramidzie można było podziwiać Doma karatekę! (jak dla mnie widok bardzo spoko!) A potem piramida się odsłoniła, uwalniając naszych kochanych muzyków i okazało się że spełniła funkcje przebieralni Doma Howarda który teraz grał już nie w białym t-shircie, a w czerwonym, obcisłym stroju.
Nadszedł czas na piosenkę, któa jest zdecydowanie mistrzostwem- Knights of Cydonia. Utwór, którego kiedyś nienawidziłam, ale pokochałam go. Pokochałam dzięki usłyszeniu na żywo w 2010 roku. Utwórowi towarzyszyły napisy, ale nawet bez nich my Muserzy byśmy sobie doskonale poradzili ;)
Kolejny utwór na którym Matt mikrofonu nie potrzebował, a mianowicie Starlight, na którym chyba każdy wyklaskiwał ten charakterystyczny rytm! Niestety... był to przedostatnio utwór tego wieczoru.
Na koniec Survival, zakończony zasłoną dymną.Na żywo brzmiał całkiem dobrze i ludzie przy nim dobrze sie bawili, chodź jest to utwór nielubiany.
 Panowie sie porzegnali, Dom jak zawsze przemówił i porzucił swe pałeczki gdzieś w tłum. Koniec? Okej. Czas iść. Tym razem nie było jakiegoś wielkiego smutku i "oo nie!". Tak, chciałabym by to jeszcze trwało, ale dziwnie nie czułam nic. I nadal nic nie czuje. Minęło to sobie tak po prostu. Dziwne uczucie. Występ był jednak niesamowity. Mój tata powiedział, że był to najlepszy koncert na jakim był. Było genialnie, jednak bardzo żałuję że nie mogłam bawić się wraz z całym dzikim tłumem na płycie :C A BYŁO MIEJSCA DUŻO CO MNIE BOLI BARDZO!!!! Następnym razem kupuję szybko bilety! Następnym razem biorę ze sobą bandę towarzystwa. CHCE BY BYŁ TEN NASTĘPNY RAZ! Teraz już wiem idealnie, za co tak bardzo kocham Muse. Ciesze się, że udało mi się spełnić moje marzenia. Jest mi też bardzo smutno, że musiałam wrócić do szarej rzeczywistości, w ten szary dzień, w tej szarej, nudnej mieścinie. To pewnie przez to nic nie cuzje. Na CLMF było cieplutko i słonecznie. Od razu wszyscy mieli w sobie więcej energii. A listopad jest okropnym miesiącem. Mimo to były to 2 najlepsze godziny mojego życia. Dziękuję za to Bogu, moim rodzicą bez których zgody by mnie tam nie było, dziękuję fanom i dizękuję wspaniałym MUSE: Domowi Howardowi, Mattowi Bellamy i Chrisowi Wolstenholme. Kocham was, kocham to co tworzycie. Szkoda, że nie poznałam nowych ludzi, bo wiem, że oni byli wspaniali, ale cóż, płyta zbliża bardziej niż pojedyńcze krzesełka na trybunach. Jest mi też przykro patrząc teraz na to, że żyję w mieścinie, w której dla ludzi najlepsza impreza to uchlanie się przy disco polo. Nie, zdecydowanie wolę takie wielkie koncerty, ale cóż, zawsze pasujący do siebie ludzie muszą być daleko. Muszę wytrwać te 2 lata i pół. Myślałam o studiach w Łodzi, ale to zdecydowanie odpada- nie chce mieszać w takim okropnym miejscu. Może Warszawa, może Poznań, a może jeszcze coś sobie powymyślam, zobaczymy.
(niezbyt korzystne, aczkolwiek z koncertu, przepraszam za jakość zdjęć, ale to tylko telefon)

Rozpisałam się trochę, pozdrawiam tych którzy przeczytają wszystko i śle im buziaki!



1 komentarz:

  1. ależ masz dłuugie włoschacze<3
    wyczuwam szczęście bijące z tego posta, dobrze, że marzenia Ci się ziszczają:*

    OdpowiedzUsuń